Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Teatr
RSS
sobota, 14 sierpnia 2010
Trójwymiarowy zawrót głowy

Że do filmów o tańcu mam wielką słabość, wiem nie od dziś. Jednak nie moja słabość do tego typu produkcji zaważyła na mojej pozytywnej ocenie filmu pt. Step Up 3D, który ostatnio widziałam. Jest to trzecia już część kinowego hitu Step up i od razu zaznaczę, że najlepsza. Zdecydowanie.

Film  nie dość, że opowiada nową historię to sprytnie łączy także wątki znane z poprzednich części. Luke mieszka w Nowym Jorku w wielkim magazynie, który jest oazą dla tancerzy ulicznych. Dla nich to prawdziwy raj na ziemi, bowiem jest on specjalnie wyposażony. Tam zbierają się najlepsi tancerze by razem ćwiczyć i przygotowywać się do największego konkursu tańca ulicznego na świecie "World Jam". Przygody rozpoczynają się, gdy do ekipy dołącza Moose (znany już z drugiej części serii), który przyjechał do Nowego Jorku na studia. A żeby było śmieszniej ubiega się on o tytuł inżyniera. Cały czas jednak w jego sercu na pierwszym miejscu jest taniec. W drużynie 'House of Pirates' pojawia się także piękna i niezwykle utalentowana Natalie, która od razu oczarowuje Luke'a. Skrywa ona jednak tajemnicę, która jeśli się wyda może zaważyć na finale wielkiej przygody...

Ta część serii z całą pewnością jest najciekawsza i nie pozawala się widzowi nudzić. Nie będę komentować sposobu w jaki przedstawiono wątek miłosny. Nie on tu jest najważniejszy. Najbardziej istotną rzeczą jest tutaj taniec i tego zdecydowanie jest najwięcej. I to w trójwymiarze! Liczne triki taneczne są teraz dużo bardziej efektowne. Muzyce też nie mam nic do zarzucenia.  Jedyne co było może utrudnieniem w oglądaniu to nagromadzenie efektów 3D. Szybkość układów tanecznych + trójwymiar może skutkować niezłym zawrotem głowy.

Mimo wszystko uważam, że warto było ten film obejrzeć. Jest świetną rozrywką nie tylko dla zakochańców.

niedziela, 01 sierpnia 2010
Angielski humor? to jakiś żart

Moda na Shreka trwa- nie da się ukryć. Wszyscy się zachwycają, właściwie nie wiadomo czym. Najbardziej rozbawili mnie ostatnio Angole. Otóż wyobraźcie sobie, że będąc w centrum Londynu nie da się nie zauważyć ultra wielkich billboardów, z których krzyczą hasła reklamowe: "Najzabawniejszy film roku!", "Najśmieszniejszy!". Po obejrzeniu polskiej wersji nie byłam jakoś wielce rozbawiona i zachwycona, dlatego tak wielkie było moje zdziwienie tymi akurat sloganami reklamowymi. Myślę sobie- może faktycznie wersja angielska jest jakaś mega-super-hiper śmieszna? Tak więc poświęciłam 6,5 funta i poszłam do kina przekonać się czy ten film naprawdę jest tak dobry, jak wszędzie go reklamują. I wiecie co? Nikt, powtarzam NIKT w kinie się nie śmiał :|    Jeżeli chodzi o poziom zabawności to był podobny do naszej wersji. Kilka śmiesznych sytuacji uwieńczonych śmiesznym docinkiem- to wszystko. Naprawdę nic szczególnego. Jedyne co mi się bardzo podobało to gra słów zastosowana podczas wymiany zdań Osła i Puszka:

Osioł: You are catastrophe!

Puszek: and You are reDONKEYoulous! [połączenie słów: ridiculous- niedorzeczny i donkey- osioł, przyp. red:)  ]

Mimo wszystko, film nie był wcale zły. Zastanawia mnie z czego wynika taka reakcja widowni , a właściwie jej brak. Wygląda na to, że Angole naprawdę mają jakieś wypaczone poczucie humoru...

Tagi: shrek
22:40, tita90 , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Trzeba coś zrobić, bo się zalambadują! , czyli Shrek Forever

Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdybyście się nigdy nie urodzili? Gdyby dzień waszych narodzin wymazać z historii świata? Jak wyglądałoby życie waszych obecnych bliskich? Czy świat dużo by się zmienił, a co za tym idzie jak bardzo świat bez was byłby inny? W tym momencie macie już ułatwione zadanie, bowiem taką przygodę przeżył właśnie Shrek.

Kryzys wieku średniego daje się we znaki nie tylko ludziom, ale i ogrom. Nuda, monotonia i homogeniczność życia codziennego sprawia, że powoli się wypalamy.  Wypalił się także i Shrek, który w pewnym momencie zatęsknił do swego dawnego beztroskiego życia, jakie prowadził zanim uratował Fionę. Tęsknił za czasami, kiedy okoliczna ludność bała się go , a nie traktowała jak zabawkę czy eksponat w zoo. Shrek zapragnął znów poczuć, że żyje. No a jak wiadomo, tylko w bajkach marzenia się spełniają. Tak oto Shrek zawarł umowę z Rumplem i wymienił jeden dzień beztroski na jeden dzień ze swojego dzieciństwa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie pewna kwestia zapisana małym druczkiem na umowie...

Nie ukrywam, że byłam dość sceptycznie nastawiona, idąc do kina na ten film. Uważam, że ani druga ani trzecia część przygód ogra nie umywała się do części pierwszej. W tym przypadku również szału nie ma, co do poziomu śmiesznych sytuacji i kwestii bohaterów. Warto jednak docenić ciekawy pomysł twórców na scenariusz i fabułę czwartej , ostatniej już części filmu. Zdecydowanie różni się on od konwencji przyjętej w dwóch wcześniejszych częściach, jest świeży i bardzo ciekawy. Dlatego byłam mile zaskoczona po zakończeniu seansu.

Ścieżka dźwiękowa mogłaby być lepsza, powinna nawet. Skoro już zdecydowano się na kontynuację historii, powinno się za wszelką cenę dążyć do utrzymania poziomu. A poprzeczka po pierwszej części została ustawiona bardzo wysoko.  Tutaj chyba za bardzo skupiono się na stronie technicznej, czyli na trójwymiarze. Według mnie zupełnie niepotrzebnie, ponieważ to bajka, którą się ceni za jej treść nie za efekty specjalne. Filmy takie jak np.Avatar są kręcone z uwzględnieniem efektów trójwymiarowych. Mają robić wrażenie. Shrek zbytniego wrażenia nie robi pod tym względem. Mimo wszystko, szkoda, że to już ostatnia część.

Co do tego, że Shrek jest wyjątkową pozycją w historii przemysłu filmowego chyba nie ma najmniejszych wątpliwości. I to nie ze względu na zyski. Nie dlatego wcale, że ostatnią część zrobiono w trójwymiarze. Głównie dlatego, że raczej nie znajdę osoby, która nie lubiłaby tego zielonego ogra. Tak, Shrek podbił serca widzów już w pierwszej części. Mało tego, nie będzie przesadą, jak powiem, że to wcale nie postać Shreka wabi do kin tak ogromną liczbę widzów. Wisienką na torcie jest tutaj zdecydowanie Osioł, który i w tej części nie zszedł tonu. A na potwierdzenie mogę przytoczyć kilka wypowiedzi, jakie usłyszałam od ludzi po wyjściu z kina:

- Nie no Osioł jest prze-chuj!

- No właśnie, Osioł jest najlepszy w tym filmie!

Bez komentarza.


Tagi: shrek
16:48, tita90 , Film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 lipca 2010
Jestem bardzo mądrym królem!

Moja zawodowa kariera nabiera tempa! :) Można powiedzieć, że mam za sobą drugi poważny wywiad. Ha! I to z jaką gwiazdą! No, dobra Marek też jest popularny w środowisku koszykarskim, ale nie kocham go tak bardzo jak Roberta Gawlińskiego, bo to właśnie on udzielił odpowiedzi na jedno z moich pytań!






Robert Gawliński na celowniku to tytuł konkursu, podczas którego internauci mogli zadać po trzy pytania artyście. Ten wybrał kilka najciekawszych i udzielił na nie niezwykle szczerych i wyczerpujących odpowiedzi.


Tutaj
możecie poczytać o tym i obejrzeć cały 'wywiad'. Aha, niestety organizatorzy konkursu byli zmuszeni przeredagować troszkę moje pytanie, gdyż było za długie. Niby sens ten sam, ale pierwotnie wytłumaczyłam kwestię 'szybkich piosenek', szkoda, że tego nie uwzględnili.   W każdym razie, jest mi bardzo miło, że  moje pytanie zostało docenione. Nie ukrywam, że ta odpowiedź nie do końca mnie satysfakcjonuje i gdybym tylko miała możliwość z pewnością dalej drążyłabym temat. Nie można mieć jednak wszystkiego. Dziękuję za ten zaszczyt, jakim niewątpliwie jest dla mnie ten pseudo-wywiad!:)
środa, 07 lipca 2010
Koniec jest bliski

Wypalenie czy brak weny? Nie wiem. Nie pytajcie dlaczego tak strasznie zaniedbałam tego bloga. Są wakacje, czas pozornego radowania się Słońcem i innymi trywialnymi rzeczami, więc chyba można mi wybaczyć?

Zapowiedź to tytuł filmu, który ostatnimi czasy mnie bardzo zaintrygował. Już miałam nadzieję, że będzie to od początku do końca dobry film, chociaż pojęcie dobry jest bardzo względne, a tu takie rozczarowanie na sam koniec...

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że oglądając ten film zupełnie nie wiedziałam z jakim gatunkiem mam do czynienia. Nie wiedziałam czy będę się śmiać, bać czy płakać. Wbrew pozorom ta wiedza jest bardzo przydatna podczas oglądania czegokolwiek. Mnie takowej pozbawiono. I tu się robi ciekawie, gdyż do pewnego momentu mogłabym naprawdę z czystym sercem wystawić mu doskonałą ocenę.

W pewnej szkole w roku pańskim 1958 zrodził się  pomysł by zakopać kapsułę czasu. Kapsułę, w której ówcześni uczniowie mogliby umieścić swój dar dla przyszłych pokoleń, zazwyczaj w postaci rysunków. Jedna tylko dziewczynka zamiast rakiety kosmicznej i innych przewidywanych cudów techniki wypisała ciąg liczb. Po pięćdziesięciu latach kapsuła została odkopana, a koperty z obrazkami rozdano obecnym uczniom tej samej szkoły. John (Nicolas Cage), ojciec chłopca , który otrzymał karteczkę z liczbami próbuje ją odszyfrować. Dość szybko dochodzi do wniosku, że wśród ciągu liczb są daty wszystkich katastrof, jakie wydarzyły się w ciągu ostatniego półwiecza. Wszystko wskazuje na to, że trzy z nich jeszcze się nie wydarzyły...

Najlepsza scena? Bez wątpienia moment katastrofy samolotu na autostradzie. Doskonale dopracowana i realistyczna. Płonący ludzie wprawiają w osłupienie, dosłownie:




Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fatalny finał. Fatalny nie w sensie, że świat się skończył (jestem mistrzem spoilerów!), ale w sensie sposobu wytłumaczenia historii kartki z ciągiem cyfr. Cały film jest niesamowicie realistyczny a tu na koniec zjawia się banda kosmitów? Nie wiem, są ludzie, którzy uwielbiają historie si-fi. Ja tego w każdym razie nie kupuję. Bo jakby się uprzeć, to można by w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć tajemnicze natchnienie małej dziewczynki, która potrafiła przewidzieć wszystkie złe rzeczy, łącznie z Końcem Świata.

Takie moje zdanie. Jeszcze plus za Nicolasa Cage'a bo  po raz kolejny udowodnił, że znakomitym aktorem jest.


wtorek, 29 czerwca 2010
Nadchodzi Era Wodnika!

Są tacy, którzy musicali nie tolerują. Są tacy, którzy nie widzą w nich nic złego. Ja osobiście musicale bardzo lubię, dlatego dziś przyszła kolej na owłosioną komedię pełną rytmów lat 60. XX wieku, czyli Hair. Film jest adaptacją broadwayowskiego hitu o tej samej nazwie. Mimo iż musical jest już dość posunięty w czasie ('79r.) to dzieło Milosa Formana ani trochę nie straciło na swej atrakcyjności.

Jest to historia młodego Cloude'a Bukowskiego, który na dwa dni przed poborem do wojska wyjeżdża ze swego rodzinnego miasteczka do Nowego Jorku. Tam poznaje grupę hippisów, którzy rozkręcają dość ponure i ustatkowane życie Claude'a. Po trwającej dwa dni zabawie czas jednak wypełnić obowiązki służąc ojczyźnie...

Znakomita atmosfera filmu jest odczuwalna od samego początku. Piosenki są  luźno ze sobą powiązane, choć nie zawsze adekwatne i wnoszące coś nowego w fabułę filmu. Ale o to chyba chodzi w musicalach, nie? Najważniejsza jest dobra nuta, której w tym przypadku nie brakuje. Piosenki Aquarius chyba nie trzeba nikomu przedstawiać?





W filmie nie zabrakło także dużej dawki humoru i śmiesznych wręcz absurdalnych sytuacji. Nie mówiąc już o przerysowanych postaciach, jak np. Jeannie. Dziewczyna się za dużo nie nagadała w tym filmie, ale wyraz jej twarzy i wygląd mówiły same za siebie.

Trzeba także wspomnieć, że film nie jest wiernym odwzorowaniem swojego pierwowzoru. W oryginale główny wątek rozwija się zupełnie na odwrót, a co za tym idzie finał także jest inny. To, jednak, co zrobił Forman jest bardziej zaadaptowane i przystosowane do praw rządzących przemysłem filmowym. Czyli musi być element zaskoczenia, dozowanie napięcia i nieprzewidywalne zwroty akcji. A jeśli dodamy do tego świetną muzykę Galta MacDermota to otrzymamy nic innego jak musical Hair. Polecam!



Tagi: hair
23:48, tita90 , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 czerwca 2010
Fuck the Logika!

Generalnie kogo obchodzą jakieś presupozycje semantyczne i implikacje pragmatyczne?! Who cares? -się pytam. Mam nadzieję, że ta sesja już jest za mną...

Wierzcie lub nie, ale dopiero ostatnio udało mi się obejrzeć ostatni odcinek szóstego sezonu House'a.  Odcinek tak bardzo przewidywalny, ale z drugiej strony zaskakujący. No bo przecież kto nie przewidywał tego, że House i Cudy będą ze sobą od samego początku, jak tylko Lucas pojawił się u jej boku?[Kto nie oglądał- już nie musi:) ]Jeśli jest taka osoba, to na pewno nie ma pojęcia o sposobie produkcji amerykańskich seriali. O ile pomysł na 'przypadek chorobowy' w ostatnim odcinku był dobry, o tyle cała reszta nie zachwyciła, niestety.  I tu już nawet nie chodzi o moją całkowitą i nieodwracalną awersję do Cudy. Ale rozwinięcie tego wątku było po prostu bez wyrazu. Najpierw na niego nawrzeszczała, zwyzywała i posłała do diabła, a później, jak gdyby nigdy nic, przychodzi do niego i wyznaje, że nie może bez niego żyć. Tak to chyba tylko w amerykańskich sitcomach może być. A co ze stopniowaniem napięcia? Co z dawkowaniem adrenaliny?

Oczywiście, to że ostatni odcinek mógł być lepszy nie oznacza wcale, że cały sezon był słaby. W żadnym wypadku. Wątek House+ Willson był dobrze przemyślany, zabawny i przyjemny.  Nie można także zapomnieć o odcinku, którego reżyserem był sam Hugh Laurie (serialowy House, jakby ktoś nie wiedział). Świedny pomysł scenarzystów plus doskonała reżyseria, to musiało się udać. Jedynym minusem był 'incydent' Chase-Cameron. Nie wiem dlaczego (no dobra wiem, ale nie powiem :D) tak bardzo nie lubię patrzeć na nich razem. Całe szczęście, że w końcu się rozstali. Nie żebym miała coś przeciwko związkom, ale po prostu do siebie nie pasowali:)

Ogólnie rzecz biorąc cała seria była ciekawa i pełna nowych zaskakujących wątków ( w przeciwieństwie do One Tree Hill, niestety). Miejmy nadzieję, że producenci zachowają swój dotychczasowy poziom. Ba! Może podniosą sobie poprzeczkę i jesienią zaatakują z pełną mocą! Oby:)

Tagi: house
23:24, tita90 , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 czerwca 2010
System Eliminacji Studentów Jest Aktywny!

i wszystko jasne. 

wtorek, 01 czerwca 2010
Tacy jesteśmy?

O polskiej, dość skrzywionej, momentami szokującej, a czasem całkowicie absurdalnej mentalności powstało całe mnóstwo tekstów kultury. Jedne lepsze, inne gorsze, wszystkie  niewątpliwie trafiające prosto do świadomości odbiorców - Polaków.  Jednak to, czego dokonał Marek Pruchniewski, a później za jego sprawą Maciej Dejczer, można spokojnie uznać za majstersztyk.  Sztuka pt. „Pielgrzymi” pierwotnie napisana właśnie przez Pruchniewskiego w 2001 r. stała się inspiracją do stworzenia telewizyjnej wersji tegoż spektaklu, którego reżyserem jest Maciej Dejczer. To, co najbardziej uderza widza to niesamowicie umiejętne, wręcz groteskowe wykreowanie bohaterów (czy w pozytywny czy negatywny sposób to już zależy od odbiorcy). Co ciekawe, inspiracją do napisania tej sztuki była historia opowiedziana pisarzowi przez przyjaciół. Nie jest to zatem zupełnie z palca wyssana opowiastka pełna stereotypów, a raczej swoista autoprezentacja Polaków.

       Z małego miasteczka, w którym  wszyscy się znają , grupa pielgrzymów wyrusza na autokarową wycieczkę szlakiem europejskich sanktuariów. Jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, skład grupy jest zróżnicowany jak pogoda w górach. Od głęboko wierzących (a może tylko zgrywających się?) starszych pań,  poprzez zupełnie zobojętniałe pary w średnim wieku, aż do młodego pokolenia, które właściwie jest antykatolickie. Na czele pielgrzymów staje dwoje duchownych, którzy wraz z dość niegramotnym kierowcą  i podstępnym organizatorem wycieczki starają się utrzymać wszystko w ryzach. Okazuje się to być nie lada wyzwaniem, ponieważ trasa wyjazdu obejmuje przejazd przez wiele krajów (Czechy, Austrię, Francję, Hiszpanię, Portugalię i Włochy), w nierzadko skrajnych warunkach atmosferycznych i noclegowych, co raz to urozmaicany przygodami z nieustannie psującym się autokarem…

      Sztuka podkreśla różnice między ludźmi. Nie tylko pokoleniowe. Nie tylko różnice płci. Nie tylko te powierzchowne, objawiające się choćby we wzajemnych rozmowach bohaterów. Podkreśla różnorodność ludzkiej natury. Uświadamia widza, że ilu ludzi, tyle różnych życiorysów, a nieskończenie więcej myśli i problemów. Każda postać spektaklu to zupełnie inna osobowość, która na początku stara się być indywiduum i zachować dystans    do współtowarzyszów podróży. Z czasem jednak każdy uświadamia sobie, jak małą jest częścią wielkiego obrazu społeczeństwa. Bardzo umiejętnie kwituje to jeden z duchownych pod koniec sztuki słowami: „Tacy jesteśmy- podzieleni!”.

   Nie można także nie zwrócić uwagi na fenomenalną grę polskich aktorów. Wśród nich znajdziemy wiele znanych nazwisk, jak Katarzyna Bujakiewicz, Aleksandra Konieczna, Kinga Preis, Cezary Kosiński, Henryk Niebudek, Witold Dębicki,  Paweł Nowisz czy Zbigniew Suszyński. Na tle swoich kolegów aktorów jednak bezsprzecznie wyróżniali się Edyta Jungowska i Grzegorz Halama, którzy stworzyli postaci tak przerysowane, że aż śmieszne. Wykazali się oni ogromnym dystansem i talentem, odgrywając absurdalne rozmowy w stylu:

- Już pani wróciła?

- Noooo…(śmiech)

     Bardzo ciekawy także był sposób nakręcenia sztuki. Sceny były kręcone nie tylko profesjonalną kamerą, ale także z perspektywy jednego z członków wyprawy. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć liczne, wręcz nienaturalne zbliżenia i ujęcia, co nadało całości bardziej realistyczną postać.

      Jedynym słabym punktem, jak się okazuje, jest ścieżka dźwiękowa. Muzyka jest całkowicie niezauważalna. Nie zwraca uwagi widza. Z jednej strony ma to swoje plusy, ponieważ publiczność koncentruje się na postaciach. No właśnie. Na postaciach, a nie na akcji przedstawienia, bowiem takowej tam prawie nie ma.  Fabuła sztuki jest dość prosta i głównym jej celem jest kreacja bohaterów. Poszczególne wydarzenia stanowią tylko tło dla postaci.

     Czy tacy jesteśmy naprawdę? Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć po obejrzeniu spektaklu teatru telewizji pt. „Pielgrzymi”. Jest to sztuka, którą zdecydowanie warto polecić wszystkim. By choć na chwilę zastanowić się, jaki my -Polacy tworzymy obraz samych siebie. To przecież od nas zależy, czy będzie to piękny portret czy zwykła karykatura.


piątek, 28 maja 2010
Wilki bez prądu!

N'Avoie, Cień w dolinie mgieł, Zostać mistrzem, Eli Lama Sabachtani i wiele innych znanych utworów w wersji akustycznej proponują nam panowie z zespołu Wilki, na specjalnym wydaniu koncertowym DVD+ CD. W tym wyjątkowym wydarzeniu,zorganizowanym pod hasłem MTV Unplugged, mogli uczestniczyć jedynie najwierniejsi z najwierniejszych fanów i najbliżsi przyjaciele zespołu. Koncert odbył się 27 lutego ubiegłego roku w warszawskim Studio Buffo.

Jak to na koncertach z cyklu MTV Unplugged bywa, artyści wykonują swoje największe przeboje w wersjach instrumentalnych. Tu nie zabrakło także covera (Heart of Gold, Neil Young) oraz utworów do których zaproszone zostały inne polskie gwiazdy. I tak. O ile występ z Kasią Kowalską uważam za całkowicie udany (ich wspólna wersja Cienia w dolinie mgieł jest lepsza od oryginału!), o tyle duet z Reni Jusis jest porażką na całej linii. Jej głos zupełnie nie pasuje do głosu Roberta. W ogóle jak oni mogli zmasakrować tak wspaniałą piosenkę jaką jest Beniamin? Poważnie, za takie zbrodnie przeciwko muzyce, która jest niebiańska dla ucha,  powinno się karać czyśćcem wiecznym. Dlaczego ona wybrała akurat tę piosenkę? Trzeba też przede wszystkim wspomnieć, że niewielu muzyków decyduje się na tak odważny krok jakim są występy instrumentalne, głównie ze względu na to iż podczas takich wykonań ewidentnie zauważalne są najmniejsze błędy i niedociągłości warsztatu wokalnego. Chociażby dlatego Reni Jusis powinna sobie darować. Tutaj możecie sobie popatrzeć na wołającą o pomstę do nieba nową wersję kultowej piosenki, jednej z najlepszych w wilkowym repertuarze:

A poza tym to koncert można uznać za wspaniały. Cieszy mnie, że artyści nie skupili się tylko i wyłącznie na utworach względnie nowych, ale sięgnęli daleko wstecz po utwory, które stanowią fundament muzycznej kariery zespołu.

Absolutnie cudowna jest akustyczna wersja piosenki Eli Lama Sabachtani. Głos Roberta w oryginalnej wersji jest balsamem dla ucha, a co dopiero w tym koncertowym majstersztyku.

Niemożna także nie wspomnieć o jednej nowej piosence, skomponowanej specjalnie na tę okazję. Utwór pt. "Obudź mnie" jest on dość dobry pod względem tekstu i melodii, utrzymany w charakterystycznej dla Wilków nucie.

Zapomniałabym nadmienić o pewnym ciekawym zjawisku jakie zauważyłam podczas tego koncertu. Albo Robert się tak bardzo zestresował, albo zapomniał jak się śpiewa po angielsku... Jego "holdn' lowli memoris" podczas piosenki Son of the Blue Sky było mocno przesadzone. Cóż, zdarza się i najlepszym. Czasem.

Ogólnie rzecz ujmując, cały koncert jest bardzo dopracowany i profesjonalnie wykonany. Mimo małych wpadek, jak ta z Reni (no dobra, to była MEGAwpada! whatever.), zdecydowanie jest on wart polecenia. Szczególnie  dla fanów zespołu jest to  'lektura obowiązkowa'!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5